a

W te wakacje, dokładnie w sierpniu, Agnieszka Pajączkowaska, zrealizowała swoje ( i zapewne wielu jeszcze osób) marzenie – kupiła samochód i wybrała się w podróż po Podlasiu. Nie była to jednak zwykła wycieczka.

Agnieszka zainspirowana wcześniejszymi podróżami w te rejony Polski, oraz doświadczeniami, jakie zdobyła zajmując się animacją kultury i fotografią, postanowiła odtworzyć zapomnianą tradycję wędrownych zakładów fotograficznych.

Dokładnie przygotowała się do drogi, zaplanowała to, co dało się zaplanować i ruszyła w nieznane. To „nieznane” zaczęło się w Sejnach, a skończyło nad Bugiem, objęło około sześćdziesiąt miejscowości, w których Aga fotografowała mieszkańców otrzymując w zamian to,  czym fotografowane osoby mogły, albo chciały się z nią podzielić – owoce, warzywa, chleb, jajka, wodę, ciasta i dobre rady. Przebyła ponad 1000 km. Nie wiem dokładnie ile osób spotkała, ale wiem na pewno, że każdą z nich doskonale zapamiętała, a tych, którzy pomogli jej w drodze, na zdjęciach zrobionych instaxem, woziła w samochodzie, przyklejonych do czegoś co do złudzenia przypominało lodówkę.

Byłam z nią kilka dni i nie mogłam się nadziwić, że „to” działa, że tak można żyć. Mieszkać w samochodzie. Bo przecież „to” do niczego nie pasowało, było tak kompletnie poza schematem, poza zdrowym rozsądkiem. Myślę, że podobnie reagowali ludzie, którzy spotkali ją na swojej drodze, a raczej, których ona spotykała. Robienie czegoś i nie żądanie za to pieniędzy nie jest przecież rzeczą normalną i nie wiem czy kiedykolwiek było. Więc nie dziwne, że część osób nie mogła zrozumieć o co jej chodzi. Ona chyba też długo nie była w stanie w to uwierzyć. Takie rzeczy przecież nie zdarzają się codziennie. Na pewno nie nam. Na co dzień pochłoniętym przez miasto i tempo życia, które narzuca.
Agnieszcze nie chodziło tylko o fotografię. Ważniejsze było dla niej  spotkanie, przygoda, chęć dotarcia do zapomnianych miejsc i ludzi, do ich opowieści.
Zdjęcia były tylko pretesktem, choć też na pewno były one ważną częścią tego przedsięwzięcia. Agnieszka próbowała dotrzeć do starszych osób, do których nikt inny nie dociera, do takich, dla których zdjęcie jest jeszcze fotografią, a nie  „fotką”, do takich, które właściwie nie znają innej jego postaci niż ta na papierze i trudno im już jest dotrzeć do fotografa.

Takie osoby, często nawet myślą, że  nie potrzebują już fotografii, że są one dla młodych, ładnych ludzi, a dla nich to tylko mogą być na grób, a jednak widać jak bardzo się cieszą, kiedy je dostają i jak je szanują. Myślę, że każde spotkanie było dla Anieszki osobistą przygodą, nie służącą publicznym opowieściom, dlatego też portrety osób, które spotkała na swojej drodze nie zostały nigdzie opublikowanie i nie będą pokazywane w Internecie. W tym przypadku nie miałoby to żadnego sensu.

Zostaną tylko w jej archiwach i w domach tych osób. Postawione na kredensie lub schowane w szufladzie, z małą pieczątką „Wędrowny Zakład Fotograficzny” za odwrocie. Nic więcej.
Być może kiedyś  narodzi się z tego  nowa, niezwykła historia. Kto wie?
Na razie jest to tylko historia naszej Agi i osób, które spotkała, no i może jeszcze nas – kilku przyjaciół którzy ją odwiedzili.

Wciąż nie mogę się nadziwić, że wszystko to okazało się być takie proste.

Takie prosto mądre i prosto piękne.

Tak to chyba jest, że do realizacji tych najprostrzych przedsięwzięć potrzebna jest jednak największa odwaga.

Wędrowny Zakład Fotograficzny blog

Artykuł o Wędrownym Zakładzie Fotograficznycznym w białostockiej Gazecie Wyborczej.

Kamila

WP-Backgrounds Lite by InoPlugs Web Design and Juwelier Schönmann 1010 Wien